Tagi

,

Rafał A. Ziemkiewicz – „Żywina”

O „Żywinie” Ziemkiewicza nie słyszałem póki nie wpadła mi w ręce w taniej księgarni. Jako że przyuczelniany przybytek wyprzedaje za pół albo i ćwierć ceny nakłady mało popularnych książek, podejrzewam, że po prostu powieść RAZ-a przeszła bez echa. Może jest to wina wyjątkowo brzydkiej, ale i wyjątkowo pasującej do treści okładki?

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę o fabule – warszawski dziennikarz Radek, konformista z mainstreamowej gazety przyjeżdża do małego ośrodka o nazwie Byków, by swym reportażem uświetnić cyrk medialny rozpętany z okazji rozwalenia się na drzewie tytułowego posła Żywiny, który na imprezie za mocno dał w dekiel, po czym zasiadł za kółko. Pierwsze rozdziały koncentrują się wyłącznie na postaci polityka i jego otoczenia – Radek mozolnie zbiera materiały, a czytelnik może rozkoszować się opisem polskiej prowincjonalnej rzeczywistości: ludzi miernych, układów i szantaży, smutnych kobiet w blokach z wielkiej płyty, wszechobecnej miernoty, przeciętności i beznadziei. Nie różni się to zbytnio od publicystyki Ziemkiewicza (ba, jest bardziej pesymistyczne od niej) i gdyby na tym cała sprawa miała się zakończyć, „Żywina” byłby nieszczególnie interesującą próbą podsumowania polskiej rzeczywistości.

Cała zabawa tkwi w postaci Radka. Z początku jest on jedynie podstawionym przez autora manekinem do opowiadania historii Żywiny, pod koniec nazwisko Żywiny nie pojawia się niemal wcale. Radek, co dość oczywiste, biorąc pod uwagę jego płaską kreację z pierwszych rozdziałów, zmienia się, pęcznieje i nabiera wymiarów, przy czym napisanie w tym miejscu W KOGO się zmienia byłoby pozbawieniem potencjalnego czytelnika całej zabawy. Dodam tylko, że stanie się Ziemkiewiczem byłoby zbyt oczywiste.

Drugim zaskoczeniem jest niemal całkowity brak cynizmu w „Żywinie”. Bykowska (i szerzej: polska) rzeczywistość nie jest poddawana jakiejś szczególnej krytyce, sam opis jest wystarczający, by czytelnik nabrał zgodnego z zamysłem autora wyobrażenia o opisywanej rzeczywistości i dodatkowe wartościowanie byłoby zbędne. Przygnębiający ton kojarzy się raczej z chocholim tańcem Wyspiańskiego. Rafał Ziemkiewicz chyba jest zmęczony Polską.

Tyle że Ziemkiewicz, którego znam, mocno trwa na swej pozycji w „Uważam Rze” (abstrahując od wartości, którymi się kieruje, można przyjąć, że raczej uczciwie walczy o „Polskę swoich marzeń”) i ma do tego spore zapasy zapału i siły, zaś Ziemkiewicz, który napisał „Żywinę” chyba chciałby najpierw wyrzygać każdą kroplę otaczającej go rzeczywistości, potem udać się na wewnętrzną emigrację. To nie zarzut, nikt nie wytrzymałby takiego zalewu gówna. Nie wiem, czy postać Radka nie została stworzona w chwili słabości RAZ-a, a „Żywina” nie jest próbą zmierzenia się ze swoimi wątpliwościami, może to cień jakiegoś skrywanego eskapizmu. Niezależnie od tego jest to kawał solidnej roboty powieściopisarskiej, dużo subtelniejszej i bardziej interesującej od dziesiątek topornych opowiadań Ziemkiewicza, które swego czasu przemieliłem.

P.S. „Żywinę” czytałem w drodze między dwoma miastami wojewódzkimi. Gdy autobus stanął na stacji benzynowej, skoczyłem po hot-doga, aby się posilić na dalszą drogę. Przy kasie matka i córka kupowały kawę, na oko 45 oraz 16 lat. Były ładnie uczesane, dobrze ubrane. Ja miałem bluzę i rozczochrany włos, a ta młodsza popatrzyła na mnie i odwróciła się zdegustowana. Hot-dogów nie było. Zrobiło mi się przykro.

Reklamy