Bohumił Hrabal – „Czuły barbarzyńca”, „Życie bez smokingu”

Mój literacki marzec upłynął przede wszystkim pod znakiem dwóch książek Bohumiła Hrabala, z których półtorej opowiadało o grafiku Vladimírze Boudníku, przyjacielu pisarza. Cała moja wiedza o Boudníku pochodzi wyłączenie z tego źródła, ale, jeśli zaufać w tej materii Hrabalowi, ów grafik-eksplozjonalista wydaje się być jedną z najbardziej fascynujących postaci sztuki XX-wiecznej (a z pewnością jego do bólu realna słowiańska, robotnicza i magiczna zarazem osobowość miażdży wymuskane kabotyństwo Salvadora Dalego, którym szczerze gardzę).

Czym ujął mnie opisywany przez wciąż obecnego w tle Hrabala Boudník? Chyba tym, czego brakowało „wielkim malarzom” ostatniego stulecia, wyciszoną prawdziwością, surowym mięsem i nieagresywną autentycznością; wcale nie wyklucza to magii w jego osobie, przeciwnie, Vladimir Boudník aż promienieje z kart książki w realną przestrzeń. Eksplozjonalista miał szczęście żyć za żelazną kurtyną, w Czechosłowacji. Bez rozwiniętej popkultury ani piania z zachwytu nad awangardą nie mógł się przemienić w kolejnego Picassa, musiał pozostać dandysem w drelichu.

A zatem mogę z rozdziawioną japą czytać o opowiadaniu sobie przy piwie niezwykłych historiach rodem ze wszystkich zakątków Czech i Moraw, o zachwytach nad pleśnią i opiłkami, o codziennej ekscytacji światem bez czekania na Zbawcę, Muzy, Natchnienie, Mesjasza, Sztukę-Samą-W-Sobie czy inny obrzydliwy Raj. I dalej – o boudníkowych rytuałach pisania listów, tworzenia grafik, picia piwa. O jego przyjaźni i przygodach z narratorem-Hrabalem i ciągle obecnym w tle poetą-filozofem Egonem Bondym.

Murakami (Haruki, nie Ryu) albo Houellebecq, którzy podjęli próby stworzenia wyrazistych postaci, zamknęli je w pewnych określonych ramach, granicach. Przez kolejne ich powieści coraz wyraźniej wyłaniają się „bohater houellebecquowski”, względnie „murakamiowski”, postaci charakterystyczne i wyraziste, ale chwilami papierowe i odległe, niepozwalające siebie dotknąć. W przesadę popadli Witkiewicz i Berent – dołożyli mnóstwo fantazyjnego mięsa i utknęli w nudnej grotesce, która bezwiednie przerysowała samą siebie (o ile jednak bohaterowie Berenta są zbudowani z pewną dozą umiaru, o tyle Witkiewicz, w „Pożegnaniu jesieni” choćby, zaprojektował przesadnie „mięsne” postacie). Hrabalowy Boudník jest inny, bliższy rzeczywistości, nie napęczniały jak irytujący, stojący na progu nowoczesności bohaterowie Witkiewicza i Berenta, ani też bez papierowych wstawek obecnych u Houellebecqua tudzież Murakasia. Częściowo jest to pewnie zasługa realnego Vladimira Boudníka, ale ciężarem sukcesu obarczam przede wszystkim Hrabala.

Historię czeskiego eksplozjonalisty zawierają powieść „Czuły barbarzyńca” i sporej wielkości opowiadanie „Dandys w drelichu”, pochodzące ze zbioru „Życie bez smokingu” – tak oto przedstawia się półtorej książki Hrabala. Pozostała połówka zbioru to siedem miniatur literackich pozwalających przyjrzeć się Hrabalowi już nie przez pryzmat jego opowieści o przyjaźni z Boudníkiem, ale bezpośrednio. Czego tam nie ma! Dzieciństwo w miasteczku pełnym wariatów, historia maturalnego smokingu, przyglądanie się pracy ojca przez cały okres dojrzewania, pierwsze mieszkanie, mistyka urlopu (bez ironii!), pijany manifest, knajpiane gawędy, spowiedź starego pisarza – od 20-lecia międzywojennego po koniec komunizmu, cały XX wiek, którego centrum nie są tu wojny, a jeden człowiek.

Wydaje się, że Hrabal opisał tu wszystkie swoje dni, że zaprezentował siebie z każdej możliwej strony. Żadne zdanie nie jest skażone barokowością ani minimalizmem, a mimo to język hrabalowy to nie realistyczna nuda – ta równowaga nie wyklucza ani bogactwa używanego słownictwa, ani też precyzyjnego jego używania. I jeszcze jest naturalnie, i słodko, i dowcipnie… Boże, rozkosz!

Reklamy