Bob Dylan – Chronicles: Volume One

Nigdy przedtem nie czytałem żadnego tekstu, w którym w tak wiele słów bym nie wierzył lub je kwestionował. Autor znany jest z tego, że nie mówi całej prawdy albo mocno nagina. Zaczyna już od samego początku, nazywając ponadtrzystustronicową książkę „kronikami”.

Kronikarze pisali na zamówienie władcy rzeczy same pochlebne i wspaniałe, aby uwiecznić doskonały wizerunek zleceniodawcy. Byli ghostwriterami wieki przed pierwszym użyciem tego słowa i Bob Dylan również posłużył się ghostwritingiem. Nie w dosłownym znaczeniu, naturalnie. Ilość person, w które na przestrzeni dekad się wcielał, pozwoliła mu na skrycie się za różnymi twarzami. Pomimo tego, że bez przerwy używa „ja”, osoba, która zapisała strony, nie występuje na nich jako to samo „ja”. Nie jesteśmy w stanie poznać, do jakiego stopnia autentyczny, bliski faktom, jest Dylana obraz samego siebie w 1961‐62, 1970 i 1989 roku. Inne daty zostały bezpardonowo pominięte, co odbiera wielką przyjemność – każdy wolałby wiedzieć więcej o kulisach powstania Blood on the Tracks, o czym zaledwie odlegle wspomina: inspirowałem się opowiadaniami Czechowa. Nawet nieuważny czytelnik znajdzie utrzymanych w podobnym charakterze zdania albo pasaże, które niekoniecznie są zapisem faktów, a funkcjonują jako, niekiedy niczym hydry, metafory.

Niezbyt dużo miejsca poświęcone zostało twardym faktom, dotyczącym sedna, czyli czarno na białym wyłożonej informacji o piosenkach czy twórczości w szerokim tego słowa znaczeniu. Za to chciałbym, aby ktoś ułożył kompilację ze wszystkimi utworami, o których Dylan wspomina na kartach, do wielu z nich odnosząc się z szacunkiem graniczącym z uwielbieniem.

Już sygnalizowałem, że nikt poza autorem albo wyspecjalizowanymi dylanologami nie może zweryfikować wierności tekstu. Fakty te prowadzą do wniosku: kroniki Dylana nie są dokumentem historycznym, lecz pewną formą autobiografii, którą Dylan egzekwuje na bardzo indywidualny sposób. W jakim celu to robi – trudno powiedzieć – książka nie wygląda, jakby była napisana z potrzeby artystycznego umysłu, który potrzebuje wyrzucić z siebie zawartości.

Bob Dylan nie zapisał swoich wynurzeń po to, aby raz na zawsze zostały wyjaśnione wszelkie wątpliwości, których dostarczył przez kilkadziesiąt lat swojej kariery. Z drugiej strony, nie stworzył wiele dodatkowych, wydając „kroniki”. Tytuł podpowiada, że po pojawią się kolejne tomy. Podejrzewam, że prowadzi w tajemnicy notatki, które, wzorując się na największych, kazał opublikować lata po swojej śmierci. Być może na to sobie zasłużył.

Reklamy