Michel Houellebecq – „Platforma”

Miało być o „Możliwości wyspy”, ale znowu ją komuś pożyczyłem i trzecie chyba podejście do lektury „Możliwości…” kończy się zupełnie niespektakularną porażką po przeczytaniu około połowy tekstu. Będzie zatem – takie coś za coś – o „Platformie” tegoż, którą połknąłem za pierwszym podejściem.

Oszczędzić trzeba opisu struktury tekstu, ciekawski niech sam się zapozna; pomysł zresztą dość zwyczajny. Wyjdźmy raczej od opinii koleżanki: „już w połowie wiadomo, jak ta książka musi się skończyć”. Otóż bzdura. Może nie mam daru przewidywania i nie ogarniam motywów, toposów, schematów fabularnych etc., ale źle obstawiałem zakończenie – tym większą miałem przyjemność z niego. No dopsz… z obowiązku recenzenta trochę o treści: zachódturystykaseksualnatajlandiamiłośćterroryścipłytkihedonizmeuropaturystykaseksualnatkliwośćfatalizmmiłośćiseksrazjeszcze. Nie mam pojęcia, jak bohater Houellebecqua jest w stanie jeszcze odczuwać przyjemność z seksu, w „Ciele obcym” Ziemkiewicza potrzeba seksu zmieniła się w zaburzenie kompulsywno-obsesyjne, czyż nie tak działa na mózg nadmiar? A jednak bohater „Platformy” z seksem akurat sobie radzi, widać jest już tak przeżarty resztą gówna, że te niektóre pozostałe przyjemnostki nie robią mu krzywdy, w tym niespecjalnie wyuzdany seks z tajskimi kurewkami. Ja, jako mimo wszystko człowiek zachodu, zazdroszczę mu tej lekkości, z jaką oddaje się on konsumpcji (czegokolwiek, niekoniecznie soczystych, tajskich cipek).

Dalej o bohaterze – czy Houellebecq czasem nie kleci swoich postaci na „odpierdol się”? I ten, i drugi („Możliwości wyspy”) „przeceniają ogrom swojego cynizmu” (cyt. za „Możliwość wyspy”), ba!, śmią w tym przerażająco pustym świecie szukać Miłości! Ale „Możliwość” miała pomysł wzięty z najbardziej chamskiej literatury SF z żenujących lat 70-tych i 80-tych, to ją wyróżniało i było jednym z czynników napędzających książkę. Warto też wspomnieć postać żeńską, tak bardzo wzruszającą (mimo swej epizodyczności) w porównaniu do płaskiej Valerié, tak obrzydliwie cukierkowej, nudnej, ckliwej i pełnej miłości tudzież naturalnej seksualności… Swoją drogą ciekawe, że to, co zwykle odrażające czy pełne smutku u Houellebecqua wydaje się być normalne, a ta „normalność” odrzuca. Houellebecquowski filtr.

Platforma to czytadło i ma w sobie coś z wakacyjnej obrzydliwości. Jeśli Houellebecq kreowany jest na geniusza pióra, to „Platforma” zajeżdża średniactwem (i smrodek ten czuć w miarę upływu czasu po zakończeniu lektury, mimo wszystko H. to zdolny rzemieślnik i pierwsze wrażenie koncentruje się raczej na zakończeniu – naprawdę mocnym punkcie i przecież tak ważnym dla książki – niż na mieliznach, słabiznach). Co wyróżnia „Platformę” z grona średnio dobrych książek na wczasy, to pewna brutalność, wyrwanie czytelnika ze spokoju i zawieszenia. To jednak nie wystarcza. Dziś każdy, każdy chce „wyrywać ze spokoju i zawieszenia”, nawet Jaś Kapela i Wildstein (btw dziś premiera „Ukrytego”, jutro lecę do księgarni). To wyrwanie… to absolutnie wystarczyć nie może.

Reklamy