Tagi

,

Bronisław Wildstein – „Ukryty”

Oczywiście mogę się mylić, jednak Wildsteina zmęczył chyba monumentalny „Czas niedokonany”, wielki kotlet w bukiecie warzywnym. „Ukryty” przypomina lekkie danie podawane na przystawkę lub – jeśli zmienić metaforykę na malarską – minimalistyczną akwarelę, na którą składają się rzadkie, ale precyzyjne pociągnięcia pędzla – również w warstwie fabularnej, nie tylko formalnej. Narracja jest nieciągła, czas poprzestawiany, prezentowani bohaterzy fragmentaryczni, czytelnik może zapoznać się wyłącznie z drobnymi częściami ich życia.

Jestem dzieckiem swej epoki, ta forma bardziej do mnie przemawia, mimo że u niektórych recenzentów (notabene zwracających uwagę na polityczną, nie literacką stronę powieści) brana jest za „płaską”. A figę! Urwane sceny, drobne maźnięcia piórem, precyzyjna fragmentaryczność – wszystko to pozwala doskonale zapoznać się z postaciami tak, jak poznajemy ludzi – z rozmów, impresji, zwierzeń i własnych wyobrażeń. Pozwala doskonale wniknąć w duszę przeżywającego osobisty dramat pijarowca Juliana Rosę, w niby płaskiego, a jednak będącego niesamowitym ucieleśnieniem konsekwentnej do bólu i do granic logiki sofistyki godnej Kaliklesa z platońskiego „Gorgiasa” polityka Marcina Przybysza, wreszcie w wisienkę na torcie – awangardowego artystę Ksawerego Starowina, który w miarę upływu powieściowego czasu… stop*!

A wszystko to na tle krzyża, na tle ostatecznego niezrozumienia siebie nawzajem, konfliktu absolutnego, długiego, bo sięgającego aż Sokratesa i sofistów, wojny totalnej o dusze bądź umysły, jak kto woli. Cenna rzecz, szczególnie dla kogoś, kto, jak ja, czuje się jakby siedział okrakiem na tym nieskończonym murze dzielącym logos i chaos. Prawda Wildsteina i neokonów jest jak stara prawda Lenina, zawsze radykalna, zawsze po jednej stronie, do końca. Czasem wydawało mi się, że Wildstein przesadza w diagnozach, w języku, w prezentacji postaw pojebanych, chorych ślepców z miasta Warszawa.

Nie przesadza.

* W najnowszym „Uważaku” ukazała się  f a t a l n a  recenzja  „Ukrytego” napisana przez Antoniego Liberę. Po pierwsze, zdradza każdy możliwy szczegół, który powinien zostać zachowany na odpowiedni, wyznaczony przez Bronka Wildsteina moment – karygodny brak szacunku dla koncepcji autora. Po drugie… najpierw krótki zarys terminologii. Witkiewicz w swej teorii literatury (i sztuki jako takiej) pisał o tzw. miejscach niedookreślenia – szczegółach niezdradzanych przez artystę tak, aby każdy odbiorca mógł dokonać własnej konkretyzacji dzieła, czyli własnego, osobistego, prywatnego uzupełnienia owych miejsc treścią. Dzięki temu może on komfortowo przekształcać materię dzieła w swej wyobraźni, podchodzić do niej z tej strony, która dostarcza mu najwięcej satysfakcji, najbardziej doń przemawia. Najbanalniejszy przykład – wyobrażenie sobie strojów Rzymian w „Quo Vadis”. Zatem po drugie – Libera chamsko narzuca swoją konkretyzację miejsc niedookreślenia – nie dość, że „spojluje”, to jeszcze nie pozwala potencjalnemu czytelnikowi zasiąść do lektury z czystym umysłem, rozpoczyna za niego odbiór dzieła, kolokwialnie mówiąc – w p i e r d a l a  się w indywidualne koło hermeneutyczne. Krótko mówiąc – jeśli potraktować tekst Libery nie jako interpretację czy esej, ale recenzję – a taki napis widnieje nad nagłówkiem – to jest to sztandarowy przykład do podręcznika „Jak pisać recenzje. Porady dla skończonych wredot”.

Reklamy